Powstanie Styczniowe to tryumf idei niepodległości. Wywiad z prof. Alicją Kulecką

Podziel się w social media!

Przeczytanie tego artykułu zajmie 9 min.

Niemal od początku styczniowego zrywu powstańcy zmagali się z licznymi trudnościami – brak środków finansowych, broni, nieudolne przywództwo i konflikty polityków. Chociaż upragnionej wolności nie udało się odzyskać, ich działania nie poszły na marne. O wizjach odrodzonej Polski, różnych koncepcjach walki i największym osiągnięciu Powstania Styczniowego opowiada prof. Alicja Kulecka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Natalia Pochroń: Wydawać by się mogło, że w drugiej połowie XIX wieku sytuacja sprzyjała polskim dążeniom niepodległościowym. Rosja była osłabiona przegraną wojną krymską, w której przeciwko imperium stanęła Austria – drugi z zaborców – doszło do zjednoczenia Włoch przy poparciu Francji. Jak w tym kontekście wyglądała sprawa polska?

Alicja Kulecka: Ja bym nie była w tej ocenie tak optymistyczna. Owszem, Rosja przegrała wojnę krymską, ale musimy wziąć pod uwagę politykę francuską. Szukając sojusznika dla różnych projektów politycznych, w tym międzynarodowych, w Paryżu spoglądano również w stronę Petersburga, państwo carów bowiem mimo wszystko było krajem o olbrzymim potencjale demograficznym, gospodarczym czy wojskowym. Klęska Rosji w wojnie krymskiej oznaczała jedynie zahamowanie jej ekspansji na południe, ale zasadniczo nie zmieniała jej położenia. Nadal była dla Francji atrakcyjnym partnerem, toteż w interesie cesarza Napoleona III nie leżało popsucie dobrych stosunków z Rosją przez wspieranie polskich aspiracji niepodległościowych.

Z badań Stefana Kieniewicza wynika, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Andrzej Zamoyski miał nadzieję na poprawę położenia społeczeństwa polskiego w Królestwie Polskim poprzez negocjacje pomiędzy Francją i Rosją. Zwróćmy uwagę na bardzo istotną rzecz – nawet jeśli jakieś państwa już po wybuchu powstania wyrażały poparcie dla sprawy polskiej, nie przewidywały zmiany granic w Europie. Nie mogło być więc mowy o odrodzeniu Polski, co zresztą wymagałoby prowadzenia wojny z trzema zaborcami. Historycy XIX wieku, m.in. Mieczysław Żywczyński, uważali, że państwa wywierające zasadniczy wpływ na sytuację w Europie, zwłaszcza Anglia i Francja, a także okresowo i okazjonalnie współdziałająca z nimi Austria, nie tworzyły projektów skierowanych przeciwko Rosji, nie przewidywano rewizji jej granic. Każde z tych państw miało własne interesy i priorytety polityczne zmieniające się w czasie. Francja obawiała się wzrostu znaczenia Prus, dążyła do oparcia swojej granicy wschodniej o Ren. Z tego punktu widzenia Petersburg był cennym sojusznikiem. Anglia w latach 1861–1865 była zainteresowana wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych, w tym wojną secesyjną. Austria pragnęła utrzymania własnej pozycji w Europie, a nie można było wykluczyć, że odbudowa niepodległego państwa polskiego nie uszczupli jej terytoriów. W Wiedniu zdecydowano o liberalizacji życia politycznego głównie z powodu chęci utrzymania rozległej monarchii, coraz częściej nękanej różnymi problemami narodowościowymi. Zgodne współdziałanie mocarstw w kwestii odbudowy państwowości polskiej było trudne, jeśli nie niemożliwe.

Włochom udało się jednak w pewien sposób zmienić dotychczasowy ład panujący w Europie.

Tak, ale sytuacja Włoch była nieporównywalna z położeniem Polski. Na Półwyspie Apenińskim istniały już małe, w dużym stopniu niezależne państwa i chodziło o ich zjednoczenie. W przypadku Rzeczypospolitej sprawa wyglądała zupełnie inaczej – została podzielona między trzy państwa zaborcze, włączona w ich granice. Jej restytucja wymagałaby rewolucji w Europie, a na to nikt nie był gotowy.

W gronie spiskowców tak naprawdę zabrakło głębszej refleksji, przekonania o potrzebie zawierania sojuszy, choć Czerwoni prowadzili rozmowy z rosyjskimi rewolucjonistami, widzieli możliwość współdziałania. Przykładowo Jarosław Dąbrowski wierzył w to, że konspiratorzy otworzą bramy Cytadeli i dzięki temu będzie można zdobyć broń, która umożliwi następnie zajęcie twierdzy Modlin. Później rozmowy dotyczące współpracy z opozycją rosyjską, m.in. Aleksandrem Hercenem, i konspiratorami kontynuował Zygmunt Padlewski. Ich efekty były jednak niewielkie. Rosyjscy spiskowcy owszem, przyjęli do wiadomości polskie plany, ale zachowali wobec nich wstrzemięźliwe stanowisko. Otwarcie oświadczyli, że są opozycją, a więc nie reprezentują całego państwa rosyjskiego i nie mogą podejmować żadnych decyzji. A nawet gdyby mogli, to była kwestia, o której nawet nie chcieli rozmawiać – granica polsko-rosyjska. Nie godzili się na oderwanie ziem dawnej Rzeczypospolitej od Rosji, a Czerwoni mieli jasną wizję i wprost kreślili granice odrodzonego państwa polskiego. Na dłuższą metę sojusz nie był więc możliwy.

Jak miała przebiegać ta granica? Jak powstańcy wyobrażali sobie niepodległe państwo polskie?

Przede wszystkim chodziło o granice z 1772 roku, a więc sprzed pierwszego rozbioru Polski. Jeśli chodzi o samą formę ustrojową, ostateczne decyzje miał podjąć sejm odrodzonego kraju. Na pewno miało to być państwo parlamentarne, gwarantujące równość obywateli wobec prawa. Dotyczyło to głównie chłopów – działacze niepodległościowi obiecywali im przede wszystkim uwłaszczenie i przekazanie ziemi na własność, ale też powszechną edukację, dostęp do funkcji urzędniczych, wojskowych. Miało to być społeczeństwo nowoczesne, dobrze wyedukowane.

Do tego odrodzone państwo polskie miało być zróżnicowane narodowościowo, wieloetniczne, wielokulturowe. Cerkiew prawosławna z reguły wspierała powstańców, prowadziła agitację sprzyjającą idei niepodległościowej. Powstańcy myśleli też o wojskowości odrodzonej Polski – w ich wizji standardy polskiej armii miały być zbliżone do europejskich, ale przy tym – co ciekawe – miała ona nie być zanadto rozbudowana. Chodziło jedynie o zapewnienie państwu bezpieczeństwa. Odrodzona Polska miała być krajem nastawionym pokojowo.

Po klęsce Rosji w wojnie krymskiej nastąpiła pewna liberalizacja życia politycznego w Królestwie Polskim – zniesiono stan wojenny, utworzono Akademię Medyko-Chirurgiczną, zawieszono pobór do armii rosyjskiej. Wydawało się, że możliwe jest osiągnięcie jakiejś formy kompromisu z władzami zaborczymi. Skąd pomysł na wzniecenie powstania?

Nie był on nowy. Ta idea pojawiła się już co najmniej w połowie lat trzydziestych XIX wieku, przede wszystkim w środowisku Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. W przeciwieństwie do działaczy Hotelu Lambert politycy TDP nie wierzyli możliwość odzyskania niepodległości z pomocą Francji czy Anglii. Uważali, że można tego dokonać tylko na drodze wysiłku całego społeczeństwa. W połowie lat czterdziestych powstały dzieła Karola Stolzmana i Henryka Kamieńskiego, propagujące ideę powstania zbrojnego wspieranego przez wszystkie grupy społeczne. Uważano je za jedyną realną metodę odzyskania niepodległości. W pewnym sensie mieli rację, bo przedstawicielom Hotelu Lambert niewiele udało się osiągnąć – sprawa polska nie została nawet uwzględniona w postanowieniach traktatu paryskiego kończącego wojnę krymską, więc w rozmowach dyplomatycznych nie było do czego się odwoływać.

Działacze TDP postanowili więc działać na własną rękę. Teoretyczne podstawy powstania opracowywano w latach czterdziestych XIX wieku, a już w 1846 roku podjęto próbę zorganizowania trójzaborowego zrywu – nieudaną, stłumioną przez władze zaborcze. Kolejną, równie nieskuteczną, podjęto dwa lata później, wzniecając powstanie wielkopolskie. Zryw styczniowy był w pewien sposób kontynuacją tej idei, niemałą rolę odegrał tu Ludwik Mierosławski.

Historycy różnie go oceniają.

Rzeczywiście, to dość kontrowersyjna postać. Wydaje się, że nie do końca liczył się z interesami ogółu społeczeństwa. Co prawda nie brakowało mu charyzmy, fascynował wielu młodych, patriotycznie nastawionych mężczyzn. W środowisku wielkopolskiego ziemiaństwa miał jednak bardzo złą opinię, w zasadzie trochę na własne życzenie. Otóż Mierosławski wydał broszurę Powstanie Poznańskie w roku 1848, w której mocno skrytykował tę warstwę społeczną. Na jej współdziałanie w ewentualnym zrywie nie mógł więc liczyć. Był jednak gorącym zwolennikiem powstania. Myślę, że to w jego działaniach można dostrzec inspirację do zorganizowania kolejnego zrywu. Wielu historyków wskazuje jednak, że niemałe znaczenie miały ambicje polityczne Mierosławskiego i jego zainteresowania wojskowe.

Jako dyktator powstania nieszczególnie się jednak sprawdził.

Mierosławski miał nierealną wizję walki. Przede wszystkim zakładał, że aby odzyskać niepodległość, należy wywołać wojnę ludową, angażującą całe społeczeństwo – głównie chłopów, stanowiących jego największą część. To było słuszne spostrzeżenie. Mierosławski uważał jednak, że to właśnie włościanie powinni stanowić fundament powstania – za czołową formację zbrojną owej wojny ludowej uważał kosynierów, uzbrojonych w kosy i inne bardzo prymitywne narzędzia walki. W drugiej połowie XIX wieku armie dysponowały bronią palną, więc rzucenie przeciwko nim kosynierów było wyrazem nadmiernego optymizmu w ocenie tej formacji i jej roli w kształtowaniu sytuacji na froncie.

Mierosławski miał doświadczenie wojskowe. Walczył w powstaniach listopadowym, wielkopolskim, brał też udział w walkach na Sycylii – Garibaldi nakazał mu nawet sformowanie w Neapolu Legionu Międzynarodowego, do czego ostatecznie nie doszło. Nie odnosił jednak większych sukcesów wojskowych. O ile był w stanie wygrać poszczególne bitwy, o tyle kampanie zwykle przegrywał. Jego dokonania jako rewolucjonisty w Europie robiły jednak wrażenie na konspiratorach w kraju. Idea wzniecenia powstania padła więc na podatny grunt, szczególnie w środowisku Czerwonych.

Co było bezpośrednim impulsem do wystąpienia przeciwko zaborcy?

Myślę, że decyzja o wywołaniu powstania w dużym stopniu była wywołana lękiem środowiska spiskowców przed branką, a więc poborem do armii rosyjskiej. Doszło do niej w nocy z 14 na 15 stycznia 1863 roku. Akcja była więc spontaniczna, podjęta z dnia na dzień, i tak naprawdę od początku oceniano ją krytycznie. Już na przełomie marca i kwietnia pojawiały się głosy, że powstanie wybuchło przedwcześnie i należało poczekać z tym do wiosny, by uniknąć trudnych warunków walki zimą. Już wtedy zdawano sobie sprawę z tego, że decyzja zapadła pod wpływem emocji, czemu trudno zaprzeczyć.

Nie wszyscy działacze niepodległościowi byli zwolennikami powstania.

Tak. Zainspirowali je przede wszystkim Czerwoni, czyli członkowie Organizacji Narodowej. To oni byli odpowiedzialni za wybuch powstania i przejęli nad nim władzę. Zupełnie inne poglądy mieli Biali, a więc działacze Dyrekcji Krajowej, skupiającej członków Towarzystwa Rolniczego, rozwiązanego przez Aleksandra Wielopolskiego. Biali dążyli do odzyskania niepodległości. Pragnęli jednak zastosować inne metody niż walka zbrojna. Uważali ją za zbyt niebezpieczną i wyczerpującą dla społeczeństwa. Pragnęli rozwoju kraju przez zwiększenie poziomu kultury rolnej, tworzenie zakładów przemysłowych, rozwój oświaty, edukację dla wszystkich grup społecznych. Przyjmowali, że ten program częściowo będzie możliwy do realizacji w ramach współpracy z zaborcą.

Ich zdaniem powstanie miało być przedsięwzięciem dobrze przygotowanym – gospodarczo, militarnie, dyplomatycznie. Zależało im na rozwoju gospodarki rolnej, wyrównaniu praw, uregulowaniu statusu chłopów i poprawie warunków ich życia. Nie popierali idei walki zbrojnej, obawiając się represji ze strony władz zaborczych, a gdyby już musiało do niej dojść, przekonywali, że należy się odpowiednio przygotować – zorganizować zaplecze, pozyskać pieniądze, broń.

O potrzebie długofalowych działań głośno mówiła szczególnie grupa burżuazji warszawskiej zgromadzona wokół Edwarda Jurgensa. Jej członków nazwano ironicznie millenerami – uważano, że według ich założeń odzyskanie niepodległości przez Polskę zajmie tysiąc lat. Dlatego Biali nie uczestniczyli w opracowaniu koncepcji powstania. Zostali postawieni przed faktem dokonanym i początkowo nie włączyli się do walk. Zrobili to dopiero w lutym 1863 roku, licząc na przejęcie władzy.

Sprawa kierownictwa zrywu od samego początku była dość kłopotliwa. Pomysł ustanowienia dyktatora powstania się nie sprawdził, rządy zmieniały się często. Dlaczego?

Pierwszym dyktatorem został Ludwik Mierosławski. W moim odczuciu nie spełnił on pokładanych w nim nadziei, mówiąc wprost – zwyczajnie się skompromitował. Objął dowództwo, przegrał kilka bitew i opuścił Królestwo Polskie. Jakby tego było mało, zgłaszał jeszcze pretensje do dyktatury przez pewien czas. Uważał, że Rząd Narodowy podpisał z nim umowę, toteż pozostaje przywódcą, z czym wiązały się też pewne roszczenia finansowe. W marcu 1863 roku drugim dyktatorem powstania został Marian Langiewicz, ale już po kilku dniach, prawdopodobnie nie widząc szans na zwycięstwo, wyjechał z Królestwa Polskiego.

Z kolei rządy narodowe działały pod presją polityczną i emocjonalną. Oczekiwano sukcesów, tych brakowało, więc dochodziło do dymisji. Niemałą rolę odgrywały też konflikty w obozie rządzącym. Czerwoni obalili rząd Agatona Gillera, gabinet „czerwonych prawników” upadł na skutek niekończących się tarć w jego łonie. Kolejny rząd – Karola Majewskiego – uległ dekompozycji i jego przewodniczący ustąpił sam, ale, jak stwierdził później w zeznaniu śledczym, poza klęskami militarnymi niemały wpływ na to miała również coraz silniejsza opozycja Czerwonych.

Po tym powstał więc kolejny Rząd Narodowy – „wrześniowy”, ale i on przetrwał tylko miesiąc. Później powstały jeszcze dwa gabinety – pod przewodnictwem Romualda Traugutta i tzw. rząd Bronisława Brzezińskiego, który jednak nie działał w pełnym składzie. Najdłużej działały rządy koalicyjne – Gillera, Majewskiego i Traugutta. Pozostałe funkcjonowały bardzo krótko. Niemal cały czas politycy spierali się ze sobą, do tego dochodziły klęski militarne i działania władz rosyjskich oraz niepopularne akty prawne, wydawane przez te rządy.

Jakie?

Wiele z nich miało zdyscyplinować społeczeństwo, zmusić je do większego wsparcia powstania. Przykładowo rząd „czerwonych prawników” powołał trybunały rewolucyjne do sądzenia spraw politycznych. Od 1862 roku działała policja narodowa, chroniąca poszczególnych członków różnych władz powstańczych. W dekrecie z czerwca 1863 roku została powołana też Straż Narodowa, działająca później jako Żandarmeria Narodowa. Do jej zadań należało m.in. pilnowanie dyscypliny w oddziałach powstańczych, walka ze zdrajcami i donosicielami. Jej członkowie wykonywali wyroki śmierci. To z kolei było bardzo nagłaśniane przez dyplomację rosyjską i stanowiło poważną rysę na obrazie powstania. We Francji na przykład pojawiały się skojarzenia z terrorem jakobinów. To wszystko zdecydowanie nie służyło sprawie polskiej.

Jaka była reakcja międzynarodowa na Powstanie Styczniowe?

Jego wybuch na pewno odbił się głośnym echem – o powstaniu dużo pisano w prasie angielskiej i francuskiej, zarówno w przyjaznym, jak i krytycznym tonie. Z czasem ustosunkowały się do niego również same rządy. 17 kwietnia 1863 roku Wielka Brytania, Francja i Austria wysłały do Petersburga noty, w których wyrażono poparcie dla sprawy polskiej. Zawierały one jednak bardzo ogólne postulaty dotyczące przywrócenia Polakom wolności. W odpowiedzi car ogłosił ograniczoną amnestię dla powstańców, co jednak zostało odrzucone przez Rząd Narodowy – głównym celem powstania było bowiem odzyskanie niepodległości.

Do następnej wspólnej interwencji mocarstw doszło w czerwcu 1863 roku. Wystosowano kolejne noty, w których znalazł się między innymi postulat powołania polskiej reprezentacji narodowej zgodnie z konstytucją z 1815 roku – w zasadzie było to więc powtórzenie ustaleń z kongresu wiedeńskiego. Tego również nie zaakceptował Rząd Narodowy ani car, dla którego takie rozwiązanie sprawy polskiej nie wchodziło w grę.

Dla powstańców ważna była również mowa tronowa Napoleona III z listopada 1863 roku, w której wyraził on ideę niepodległości Polski. Z Francji napływały głosy, że należy kontynuować walkę i to właśnie one w dużym stopniu przyczyniły się do tego, że mimo braku większych sukcesów powstanie trwało. W większości były to jednak puste słowa. Żadne z mocarstw nie pomogło powstańcom w wymierny sposób. Anglia była zaangażowana w wojnę secesyjną i nie chciała zrażać do siebie Rosji. Dla Austrii kwestia niepodległości Polski była mocno kłopotliwa, bo wiązałoby się to z ubytkami terytorialnymi, a nie tak dawno doznała ich na skutek zjednoczenia Włoch. Także Francja, jak już wspomniałam, nie chciała psuć swoich relacji z Rosją na rzecz sprawy polskiej.

Tak więc prasa i liberalni politycy deklarowali poparcie dla powstańców, społeczeństwa Europy również były przychylne idei niepodległości, ale rządy już niekoniecznie. Powstanie wywoływało duże zainteresowanie, ale zabrakło realnego wsparcia.

Czy mimo klęski militarnej powstańcom udało się osiągnąć jakieś cele?

Z pewnością tak. Ich największym osiągnięciem było ożywienie idei niepodległości i stworzenie dość jasnego, nowoczesnego obrazu odrodzonego państwa – praworządnego, tolerancyjnego, równych szans. W zamyśle powstańców Polska miała być państwem konstytucyjnym i parlamentarnym, szanującym różnorodność i pokojowo nastawionym wobec innych krajów europejskich, o czym świadczyła chociażby idea nierozbudowywania armii ponad potrzeby. W mojej opinii to bardzo ważne osiągnięcie.

Nie należy jednak zapominać, że klęska powstania była bardzo trudnym doświadczeniem. Pomijając represje, które mocno dotknęły Polaków, przedstawiciele różnych grup społecznych stanęli przed wieloma trudnymi wyborami i musieli się zmierzyć z ich konsekwencjami. Wielu znalazło się w ogniu krytyki władz powstańczych – bardzo często ziemiaństwo, które nie do końca wykonywało polecenia administracji wojskowej, ale i chłopi, którym zarzucano, że niedostatecznie pomagali powstańcom. W wielu zachowanych wspomnieniach możemy przeczytać, że byli oni ostrzej traktowani przez władze powstania, częściej zasądzano wobec nich karę śmierci. Taki obraz zrywu też istnieje i nie można o nim zapominać.

Niemniej Powstanie Styczniowe na pewno jest zwycięstwem idei społeczeństwa nowoczesnego. Zerwano z tradycją istnienia elity politycznej, czyli szlachty, która ma prawo decydować o losach społeczeństwa i ojczyzny. Powstańcy zaangażowali do walki całe społeczeństwo, każdy stał się odpowiedzialny za ideę niepodległości. W ten sposób urzeczywistniły się słowa Cypriana Norwida, wypowiedziane na przełomie 1850 i 1851 roku – „Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek”.

Fot. historia.uw.edu.pl