Aleksander Wielopolski – nieudana próba porozumienia z Rosją

Podziel się w social media!

Przeczytanie tego artykułu zajmie 10 min.
Autor: Wiesław Caban

Na temat Aleksandra Wielopolskiego napisano już wiele, przedstawiając go nie tyle jako polityka dążącego do ugody z Rosją, ile jako kolaboranta i zdrajcę narodu polskiego. Za takiego uważa go niemała grupa publicystów historycznych. Trudno jednak pojąć, dlaczego nie postawią oni pytania o to, czy zryw niepodległościowy 1863 roku miał jakiekolwiek szanse.

 

Aleksander hrabia Wielopolski margrabia Gonzaga Myszkowski (1803–1877) pobierał nauki w słynnej wiedeńskiej Akademii Terezjanum, studiował na założonym w 1816 roku Uniwersytecie Warszawskim, a później w Getyndze. Uzyskał stopień doktora z zakresu filozofii. W czasie Powstania Listopadowego, w randze radcy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, został wysłany do Londynu, by zabiegać o poparcie rządu brytyjskiego dla toczącej się walki. Margrabia szybko się przekonał, że o ile Anglicy zaangażowali się w walkę Greków i Belgów o uzyskanie niepodległości, o tyle nie postąpią tak w sprawie polskiej. W pierwszym przypadku dbali o swój interes polityczny, a zaangażowanie się w sprawę polską prowadziło do konfliktu zbrojnego z Rosją i pozostałymi zaborcami. Wielopolski zrozumiał, że Polacy są zdani na siebie i żadna pomoc z Zachodu, ani polityczna, ani tym bardziej militarna, w najbliższym czasie nie nadejdzie.

Po zakończonej fiaskiem misji w Anglii margrabia doszedł do wniosku, że trzeba szukać porozumienia z Rosją. Nie miał jednak okazji do zaprezentowania swego stanowiska. Dopiero w 1846 roku, po słynnej rabacji galicyjskiej, ogłosił anonimowo List szlachcica polskiego do księcia Metternicha. Jego faktycznym adresatem był car Mikołaj I, a margrabia zwracał się do niego o wzięcie w obronę Polaków w poczuciu słowiańskiej wspólnoty. Zapewniał, że szlachta polska bez wątpienia wolała będzie kroczyć wraz z Rosjanami na czele cywilizacji słowiańskiej, ale nie nadmienił nic o oczekiwaniach swoich rodaków. W Petersburgu ta propozycja została przemilczana, natomiast w kraju i na emigracji przyjęto ją z oburzeniem.

Najwięcej krytyki spadło na Wielopolskiego za to, że nie nadmienił o autonomii Królestwa Polskiego i w ogóle nie postawił żadnych warunków w tej kwestii. Ten zarzut podnosi się dość regularnie. Najtrafniej do tej kwestii odniósł się Mirosław Filipowicz, historyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Wielopolski, jego zdaniem, odwołując się do wspólnego słowiańskiego dziedzictwa, podjął próbę przełamania impasu w stosunkach polsko-rosyjskich.

 

Margrabia rozpoczyna grę

Z propozycją rozmów na temat ugody z Rosją margrabia musiał czekać kilkanaście lat, aż do pojawienia się okoliczności, gdy carat będzie szukał kontaktu z Polakami. Takie nastąpiły w 1861 roku, kiedy pod wpływem manifestacji religijno-patriotycznych, młodzież zaczęła myśleć o zbrojnym wystąpieniu przeciw Rosji. Wtedy dopiero Wielopolski mógł przystąpić do gry z Petersburgiem.

Przypomnijmy, co się stało na początku 1861 roku. 25 lutego żandarmeria carska rozpędziła procesję na Rynku Starego Miasta w Warszawie. W manifestacji zorganizowanej dwa dni później zabito pięć osób. Utworzono Delegację Miejską, która zapewniła namiestnika Michaiła Gorczakowa, że doprowadzi do uspokojenia tłumu, ale jednocześnie wymogła na nim pozwolenie na urządzenie uroczystego pogrzebu pięciu zabitych i złożenie adresu do cara. Podpisało się pod nim 20 tys. osób. Nie było wśród nich Wielopolskiego.

Namiestnik zdawał sobie sprawę, że jest to rozwiązanie chwilowe i trzeba szukać innego sposobu uspokojenia wzburzonych umysłów Polaków. Z prośbą o pomoc zwrócono się więc do Wielopolskiego. Margrabia przyjął propozycję, ale postawił warunki: przywrócenie Rady Stanu, Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, podziału administracyjnego Kongresówki na województwa zamiast dotychczasowych guberni, pieczęci z herbem Królestwa Polskiego, mundurów narodowych dla urzędników, Rady Senatorskiej, mającej spełniać funkcję reprezentacyjną, wybieralnych samorządów, usunięcia znienawidzonego kuratora Pawła Muchanowa, który od przełomu lat trzydziestych i czterdziestych rusyfikował szkolnictwo. Wielopolski chciał też rozwiązania Towarzystwa Rolniczego, organizacji utworzonej w 1858 roku, skupiającej prawie całe ziemiaństwo Królestwa Polskiego. W ten sposób margrabia chciał się pozbyć groźnego przeciwnika, jakim był Andrzej Zamoyski, stojący na czele towarzystwa. Nie przewidział jednak skutków takiego rozwiązania.

Ostatecznie car Aleksander II zawęził ustępstwa i 27 marca ogłosił zgodę na utworzenie Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z Wielopolskim jako jej dyrektorem, utworzenie Rady Stanu, wprowadzenie samorządów miejskich i powiatowych oraz na powstanie w Warszawie Szkoły Prawa. Tuż po ogłoszeniu carskich koncesji zlikwidowano najpierw Delegację Miejską, symbolizującą władzę polską w Warszawie, a 6 kwietnia rozwiązano Towarzystwo Rolnicze, co doprowadziło do potężnej, ale spokojnej manifestacji. Wielopolski wiedział jednak, że to dopiero początek demonstracji na szeroką skalę. Próbował temu zapobiec – z jego inicjatywy w nocy z 7 na 8 kwietnia przygotowano prawo o zbiegowiskach, przewidujące użycie broni na wypadek, gdyby demonstranci nie chcieli zareagować na wezwanie do rozejścia się. Wieczorem 8 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu i placu Zamkowym zebrały się tłumy. Manifestanci nie zareagowali na trzykrotne wezwanie do rozejścia się, wojsko zaczęło strzelać. Zabito ok. dwieście osób, prawie pięćset zostało rannych. Społeczeństwo było w szoku. W Warszawie wprowadzono stan oblężenia.

Natychmiast po krwawych wydarzeniach Andrzej Zamoyski, prezes Towarzystwa Rolniczego, napisał krótki list do namiestnika Michaiła Gorczakowa, zaznaczając, że krew wzywa krwi, krew utrwala tylko nienawiść. W tym momencie było już wiadomo, że kwietniowa masakra przekreśliła możliwości porozumienia z Rosją, i wcześniej czy później dojdzie do zbrojnego wystąpienia Polaków.

 

Margrabia i car

W końcu maja zmarł Gorczakow. Jego miejsce objął gen. Nikołaj Suchozanet, który brał udział w pacyfikacji Powstania Listopadowego. Ten stary, tępy służbista, jak go określano, wszedł w otwarty konflikt z Wielopolskim, który złożył dymisję. Wygranym okazał się margrabia – nowy namiestnik ostatecznie został odwołany, a dymisji margrabiego nie przyjęto. Wielopolski przekonał się, że w rozgrywce z urzędnikami rosyjskimi w Warszawie i Petersburgu musi się używać tej groźby, by zrealizować swoje plany.

Pół roku później sytuacja się powtórzyła. Atmosfera w Królestwie Polskim była niezwykle napięta. Karol Lambert, następca Suchozaneta, 14 października na polecenie cara wprowadził stan wojenny, co miało uspokoić wzburzone umysły. Wielopolski stanowczo odciął się od tej decyzji. Doszło do konfliktu między namiestnikiem a warszawskim generał-gubernatorem Aleksandrem Gerstenzweigiem, zwolennikiem zaostrzenia kursu. Ten ostatni popełnił samobójstwo, zaś Lambert poprosił o dymisję – uznał bowiem, że jego służba w obecnych warunkach jest bezużyteczną, a nawet szkodliwą dla Rosji. Na jego miejsce car, co prawda na krótko, przysłał gen. Suchozaneta. Wielopolski złożył dymisję.

W końcu października do margrabiego przybył wysłannik Aleksandra II i doręczył mu depeszę wzywającą do pozostania na służbie i udowodnienia prawdziwego oddania monarsze i ojczyźnie. Wielopolski odpowiedział, że może pozostać na stanowisku pod warunkiem powierzenia mu w całości władzy cywilnej. Car nie zgodził się na to i wezwał Wielopolskiego do Petersburga celem wytłumaczenia się. Przed wyjazdem margrabia złożył do Rady Administracyjnej przygotowane trzy projekty reform: oświatowej, o oczynszowaniu chłopów i równouprawnieniu Żydów.

W Petersburgu Wielopolski nie przekonał cara do swych projektów. Jego dymisja została przyjęta, ale jednocześnie wyraźnie zaznaczono, że nie jest ona wyrazem carskiej niełaski, ale udzielono jej na żądanie margrabiego. Jego losy ważyły się do maja 1862 roku. Ostatecznie w otoczeniu cara zadecydowano, że sytuację w Królestwie Polskim należy uspokoić, stawiając na czele rządu Polaka, a jedynym kandydatem na to stanowisko jest Wielopolski. Petersburcy politycy nie byli tu jednak zgodni – m.in. Dmitrij Miliutin, minister wojny, uważał, że margrabia zmierza do usamodzielnienia Królestwa Polskiego. Pojawiały się także głosy, że to kolejny polski Konrad Wallenrod.

W Petersburgu margrabia załatwił jeszcze jedną ważną sprawę. Otóż ze stanowiska namiestnika został odwołany gen. Aleksander Lüders, który od listopada 1861 do czerwca 1862 roku terroryzował polskie społeczeństwo, a zwłaszcza duchowieństwo katolickie. Car wyznaczył na jego następcę swego brata, wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza, z którym Wielopolski znalazł wspólny język. W pierwszych dniach czerwca Aleksander II przyjął Wielopolskiego, ściskając dłoń na pożegnanie, miał mu oświadczyć ze łzami w oczach, że powołuje go na naczelnika cywilnego rządu w dowód zaufania i miłości. Z kolei Konstantego przed wyjazdem do Warszawy zaopatrzył w instrukcję przypominającą mu, że Królestwo Polskie w jego obecnych granicach powinno na zawsze pozostać własnością Rosji. [...] Nie powinno [Królestwo] być ciężarem dla Rosji, lecz przynosić jej pożytek [...] służąc jej jako wieź z resztą Europy.

Dylematy ziemiaństwa

Po powrocie do Warszawy 14 czerwca margrabia przedstawił Radzie Administracyjnej trzy projekty reform, przygotowane przez niego, a zatwierdzone przez cara. Jak wspomniano, dotyczyły one reformy szkolnictwa, równouprawnienia Żydów i oczynszowania z urzędu. Trzeba jednak pamiętać, że gdyby nie było manifestacji religijno-patriotycznych i w ogóle antyrosyjskich wystąpień, Wielopolski nie miałby po co jeździć do Petersburga.

Petersburska oferta, z którą Wielopolski wrócił do Warszawy, nie zadowoliła podziemnego ruchu rewolucyjnego, który w maju i czerwcu 1862 roku przechodził z fazy działalności propagandowej do bezpośredniej konfrontacji. Już wtedy Jarosław Dąbrowski opracował plan ataku na twierdzę Modlin i rozpoczęcia powstania. Jednocześnie organizowano akcje terrorystyczne. Rankiem 27 czerwca Andriej Potebnia, członek tajnego Koła Oficerów Polskich w Petersburgu, dokonał nieudanego zamachu na życie przebywającego jeszcze w Warszawie namiestnika Lüdersa. Za Potebnią poszli radykałowie z Organizacji Narodowej z Ignacym Chmieleńskim na czele. Doszło do zamachu na wielkiego księcia Konstantego i Wielopolskiego, także nieudanych. Zamachowcy zostali straceni na stokach Cytadeli Warszawskiej.

Co prawda ziemiaństwo i warszawska burżuazja potępiały zamachy jako formę walki, ale to wcale to oznaczało, że popierały Wielopolskiego. Po egzekucji zamachowców w tych środowiskach górę brało przekonanie, że nie można zgodzić się na politykę margrabiego. Ponadto uważano, że należy poprzeć rewolucyjną Organizację Narodową, bo jej program jest akceptowany przez szerokie rzesze społeczeństwa – odcięcie się od niej zdyskredytowałoby ziemiaństwo w oczach opinii publicznej. Odezwa kolportowana od końca lipca przez Komitet Centralny Narodowy, który był teraz oficjalnym reprezentantem Organizacji Narodowej, zapowiadała walkę o niepodległość Polski w granicach z 1771 roku oraz wolność i równość dla wszystkich jej mieszkańców, bez różnicy religii. Włościanom zapewniano ziemię na własność, a ziemiaństwu odszkodowanie z kasy państwowej. O terminie powstania jeszcze nie mówiono, ale przedstawiono struktury organizacyjne podziemnego państwa. W odezwie z sierpnia napisano, że Komitet Centralny Narodowy będzie występować jako jedyny rzeczywisty rząd krajowy, a popieranie rządu moskiewskiego, reprezentowanego przez Wielopolskiego, zostanie uznane za zdradę stanu. Zarazem sam Wielopolski został nazwany zdrajcą i katem.

Ziemiaństwo musiało rozwiązać dylemat: opowiedzieć się za rządem własnym, narodowym, czy najezdniczym, moskiewskim i narazić się przy tym na miano zdrajcy narodu. Część konserwatywnych przedstawicieli tego środowiska, zwłaszcza ci obawiający się uwłaszczenia, próbowali wpłynąć na Wielopolskiego, by do swego programu dodał przywrócenie konstytucji Królestwa Polskiego z 1815 roku i utworzenie oddzielnego polskiego wojska. Inni szli jeszcze dalej i nadmieniali o przyłączeniu do Kongresówki Ziem Zabranych. Wielopolski uznał te sugestie za polityczną głupotę. Miał wtedy powiedzieć: Dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, ale z Polakami nigdy! Nieustępliwym zadawał pytanie: czy flota francuska i angielska dopłynęła już do Częstochowy? Ziemie Zabrane, jak powiadał przed laty Eligiusz Kozłowski, wybitny znawca problematyki Powstania Styczniowego, zostały stracone przez Polaków po przegranym Powstaniu Listopadowym. Podobnie rzecz miała się z pomysłem utworzenia Wojska Polskiego w Królestwie. Petersburg uważał to za wielki błąd Aleksandra I i uznano, że nigdy nie należy wracać do tej kwestii.

 

Jak powstrzymać rewolucję

Pomysły przywrócenia konstytucji i przyłączenia Ziem Zabranych ostatecznie uderzyły w Andrzeja Zamoyskiego, bo to on, zdaniem caratu, nie powinien dopuścić, by takie koncepcje w ogóle się pojawiły. Został wezwany przed oblicze Aleksandra II i otrzymał nakaz wyjazdu za granicę. Wtedy też zostały przekreślone szanse na współpracę sporej części ugodowego ziemiaństwa z Wielopolskim i rachuby na powstrzymanie powstania przeciw Rosji polskimi rękami. Od września margrabia sam musiał uporać się z ruchem rewolucyjnym. Był przekonany, że jego dalekosiężny plan ugody z Rosją jest jedyną szansą dla Polaków, toteż nie miał wątpliwości, że nie może się cofnąć. Nie reagował na ostrą krytykę ulicy, gdyż uważał, że takie osoby jak on nie będą rozumiane przez motłoch, tych historia inaczej osądzi. Taką opinię wyraził już wcześniej, w 1835 roku, w swych Myślach i uwagach, opublikowanych w Krakowie.

Jedynym sposobem na powstrzymanie Polaków przed walką zbrojną była branka. Wcielenie do wojska rosyjskiego najbardziej radykalnych elementów z miast i miasteczek miało doprowadzić Komitet Centralny Narodowy do rezygnacji z wybuchu powstania. Najbliżsi współpracownicy margrabiego odradzali mu ten pomysł, w odpowiedzi jedna usłyszeli: Wrzód zebrał i rozciąć go należy. Powstanie stłumię w ciągu tygodnia i wtedy będę mógł rządzić.

Ogłoszenie branki wzburzyło opinię publiczną – służba w wojsku rosyjskim kończyła się śmiercią w walce z ludami Kaukazu, a w najlepszym wypadku oznaczała piętnaście–dwadzieścia lat wyrwanych z życia. Szok był tym większy, że w 1856 roku wstrzymano pobór do armii w związku z reformami wojskowymi Milutina. Do tej pory pobór do wojska rosyjskiego odbywał się na zasadzie losowania spośród młodych pochodzenia chłopskiego i mieszczańskiego, teraz urządzano go według list proskrypcyjnych. Na zapowiedź branki Komitet Centralny odpowiedział, że stanie się ona sygnałem do powstania.

Ostatecznie w Warszawie pobór do wojska przeprowadzono 14, a na prowincji 27 stycznia. 22 stycznia, po burzliwych dyskusjach, Komitet Centralny Narodowy ogłosił się Rządem Tymczasowym i wydał manifest wzywający wszystkich Polaków do walki oraz dekrety uwłaszczeniowe. Powstanie wybuchło.

 

Kolaboracjonista czy tylko przegrany polityk?

Czy Wielopolski, jak się czasem powtarza, był odpowiedzialny za wybuch powstania styczniowego? Na ten temat dyskutowano długo, co złośliwsi pisali o Wielopolskim: zbrodniczy chirurg źle rozciął wrzód. Publicystycznie to nawet brzmi przekonująco. Jak wspomniano, po kwietniowej masakrze w Warszawie, gdy Zamoyski powiedział, że krew wymaga krwi, powstanie było nieuniknione. W Organizacji Narodowej toczyły się jedynie spory na temat terminu jego wybuchu. Nie miejsce na ich przedstawienie, jednak faktem jest, że ostatecznie wybuch powstania wyznaczono na maj. Wykazano się tu pewnym rozsądkiem, bo któż planowałby rozpoczynać zbrojne działania w środku zimy? Ogłoszenie branki przyspieszyło tylko wybuch powstania, co nie oznacza, że zmniejszyło jego szanse na zwycięstwo, ale do tej kwestii jeszcze wrócę.

Pamiętajmy, że niezależnie od branki pobór do wojska w Imperium Rosyjskim był zaplanowany na 1862 roku i nic nie uchroniłoby kilkunastu tysięcy młodych ludzi (bo taki kontyngent nałożono na Królestwo Polskie) od służby wojskowej. Tyle tylko, że pobór odbywałby się według losowania, a nie list proskrypcyjnych.

Powstanie z różnymi skutkami trwało, Wielopolski też jeszcze był na swoim stanowisku, ale sytuacja pogarszała się systematycznie. Kiedy w marcu 1863 roku Biali przyłączyli się do walki zbrojnej, margrabia został sam. W kwietniu otrzymał kolejny cios – Aleksander II przysłał do Warszawy gen. Teodora Berga, który objął funkcje naczelnika wojsk okręgu warszawskiego. Ten służbista i zwolennik silnej ręki miał nie tylko spacyfikować powstanie, ale też kontrolować poczynania Wielopolskiego i wielkiego księcia Konstantego. Wreszcie na początku czerwca Organizacja Narodowa w biały dzień dokonała zaboru Kasy Głównej Królestwa Polskiego. Car wpadł w furię, gdyż przekonał się ostatecznie, że administracja w Kongresówce jest całkowicie podporządkowana Rządowi Narodowemu. Wielopolski zrozumiał, że nie ma już nic do powiedzenia. Poprosił o urlop dla poratowania zdrowia. 16 lipca, schorowany, wyjechał z Polski i udał się na czternastoletnie wygnanie do Drezna. Cierpiał fizycznie i psychicznie, w 1867 roku podjął próbę samobójstwa. Zmarł w roku 1877 w zapomnieniu, gdyż, jak powtarzano był kolaborantem i zdrajcą narodu.

Od lat zajmuję się problematyką Powstania Styczniowego, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, by uznawać Wielopolskiego za symbol kolaboracjonizmu, jak to czyniono w dobie Powstania Styczniowego. Margrabia miał własną, wyrozumowaną koncepcję ugody z Rosją. Był to plan dalekosiężny. Trudno od niego wymagać, by w latach 1861–1863 żądał od Aleksandra II przyłączenia do Królestwa Polskiego Ziem Zabranych i ogłoszenia konstytucji. Car natomiast miał się zadowolić złożeniem przez Polaków propozycji korony wielkiemu księciu Konstantemu. Takie warunki można byłoby postawić tylko wtedy, gdyby Napoleon III wypowiedział wojnę Rosji, tak jak to zrobił wcześniej w przypadku Austrii i tym samym umożliwił dokończenie zjednoczenia Włoch. Nikt, kto miał rozeznanie w polityce europejskiej, nie mógł jednak liczyć na taką interwencję, gdyż to groziło wojną europejską; ta wybuchła dopiero pięćdziesiąt lat później. Pozostało jedno rozwiązanie: rozpocząć grę z Petersburgiem i ugrać to, co w danej chwili było możliwe. A każde ustępstwo cara, zwłaszcza jeśli chodzi o spolszczenie administracji i oświaty (utworzenie Szkoły Głównej), miało niezwykle ważne znaczenia dla rozwoju polskiej kultury.

Jerzy Wojciech Borejsza, autor inspirującego tekstu o polityce Wielopolskiego, zamieszczonego w książce pt. Piękny wiek XIX (1984), zwrócił uwagę, że przyklejenie Wielopolskiemu łatki kolaboracjonisty nie było trudne, gdyż w czasie Powstania Styczniowego i drugiej połowie XIX wieku każdego, kto podejmował jakiekolwiek próby współpracy z Rosją, uważano za zdrajcę. Ten zmarły kilka lat temu warszawski historyk podkreślił, że zaciążył na tym kompleks antyrosyjski, który trwał przez XIX i XX wiek – ze swej strony dodam, że weszliśmy z nim w wiek XXI.

Wielopolski niewątpliwie miał trudny charakter, jedni nazywali go dzikiem, inni ropuchem. Ale to nie dlatego nie mogło dojść do zbliżenia z Polakami, którzy opowiadali się za walką zbrojną z Rosją, wierząc, że siłą moralną, kosami i strzelbami myśliwskimi pokonają Moskali. Adam Skałkowski, autor najpoważniejszego, trzytomowego opracowania o Wielopolskim, napisanego w czasie drugiej wojny światowej, zwrócił uwagę na pięć czynników stanowiących przeszkodę nie do pokonania w osiągnięciu porozumienia. Naród myślał sercem, a margrabia rozumem; naród posiadał zadawnioną dozę anarchii, a margrabia nienawidził rewolucji; naród był gwałtowany, a Wielopolski umiarkowany, a nawet zimny; naród chciał wszystko otrzymać natychmiast, a Wielopolski dojście do celu widział etapami; naród nie miał wyobrażenia o sytuacji międzynarodowej, a margrabia wiedział, jak w stolicach europejskich postrzega się sprawę polską.

Tragiczny bilans

Rok 1863 nie miał zwycięzców. Wszyscy byli przegrani. Wielopolski, bo przepadł jego projekt ugody, i Rząd Narodowy, bo liczył na to, że 80–100 tys. słabo uzbrojonych i źle wyszkolonych powstańców pokona prawie milionową armię rosyjską. Gorycz klęski spotęgowały represje wobec Polaków z Królestwa Polskiego i Ziem Zabranych. Nie było chłopskiej, mieszczańskiej i ziemiańskiej rodziny, która nie opłakiwałaby synów poległych na placu boju lub zesłanych na kilkunastoletnią katorgę. O stratach materialnych nie będę już wspominał.

 

 

 

 

 

Na zdjęciu Aleksander Wielopolski, fot. Polona.pl